Trudna polska innowacyjność

Piątek, 4 marca 2016 (08:47)

Prowadzony przez NCBiR oraz firmę doradczą PwC program BRIdge Mentor pozwolił na komercjalizację 5 i rozpoczęcie komercjalizacji następnych 5 wynalazków ze 150 wybranych. Główne przyczyny dość wątłej absorpcji innowacji to "technologie nieodpowiednie do zapotrzebowania rynkowego". Jednak tego typu programy mogą ułatwić wdrażanie nowych technologii w polskich firmach kojarząc ze sobą badaczy i przemysł i zapobiec takim "wpadkom" jak sprawa niebieskiego lasera.

Zdjęcie

W czasie 2,5 roku trwania programu eksperci z PwC dokonali analiz 150 projektów badawczo-rozwojowych /123RF/PICSEL
W czasie 2,5 roku trwania programu eksperci z PwC dokonali analiz 150 projektów badawczo-rozwojowych
/123RF/PICSEL

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wspólnie z globalną firmą doradczą PwC uruchomiło w 2013 roku pilotażowy program BRIdge Mentor. Miało za zadanie wsparcie komercjalizacji nowych technologii opracowanych przez polskich naukowców, zatrudnionych na uczelniach i w instytutach naukowych i badawczych.

W czasie 2,5 roku trwania programu eksperci z PwC dokonali analiz 150 projektów badawczo-rozwojowych, autorstwa kilkudziesięciu zespołów z uczelni i instytutów. Wybrano z nich 30, posiadających największy potencjał wdrożeniowy i te właśnie analitycy z PwC próbowali ulokować na rynku. Otrzymały one ponad 2 mld zł dofinansowania, co ułatwiło ich doprowadzenie do stanu, umożliwiającego sprzedaż na rynku. Jak powiedziała Jolanta Kokosińska, partner w PwC, współprowadząca program, udało się skomercjalizować 5 technologii, zaś kolejnych 5 jest w trakcie kończenia rozmów transakcyjnych czyli zostanie także skomercjalizowanych.

Reklama

Wśród tych technologii znajdują się dwie autorstwa Uniwersytetu Rzeszowskiego - wiertło do kompozytów oraz środki, które mają zmniejszyć palność żywic epoksydowych i poliestrowych, nowa metoda określania punktu wzbudzenia drgań flatterowych, zagrażających rozpadnięciem konstrukcji samolotu w locie, warszawskiego Instytutu Lotnictwa, katalizatory do usuwania tlenków azotu NOx, Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz inhibitory korozji i parafiny dla przemysłu petrochemicznego wytworzone przez krakowski Instytut Nafty i Gazu.

Problemy z komercjalizacją wynalazków, mają według raportu PwC ogłoszonego na zamknięcie programu BRIdge Mentor, kilka przyczyn. Najważniejszą z nich jest, jak twierdzą eksperci firmy, nie dostosowanie technologii do potrzeb rynkowych (37 proc. przypadków). W 22 proc. przypadków zaproponowane technologie były mało innowacyjne. W 16 proc. przypadków beneficjent nie był zainteresowany komercjalizacją, w 12 proc. nieodpowiedni był poziom ochrony patentowej, w 8 proc. zbyt wczesny był etap zaawansowania prac nad technologią, zaś w 5 proc. ograniczony był potencjał komercjalizacyjny.

Według ekspertów PwC polskie firmy są mało innowacyjne, brakuje rynkowego systemu wdrażania innowacji, brakuje profesjonalnego wsparcia projektów badawczo-rozwojowych na uczelniach iw instytutach w trakcie ich realizacji, zaś sam partner biznesowy powinien być zaangażowany w projekt już od jego wstępnej fazy.

Bryndza czy średnia światowa?

Korespondują z raportem PwC wnioski wynikające z raportu NIK, dotyczącego wynalazków opatentowanych przez polskie instytuty badawcze. Według danych raportu ich liczba w latach 2010-2013 wzrosła dwukrotnie. Ale tylko 20 proc. z nich znalazło zastosowanie w praktyce, ci i tak jest dobrym wynikiem, bowiem dla wdrożeń dokonywanych przez instytuty PAN wskaźnik ten wyniósł 14 proc., zaś dla patentów szkół wyższych - 4 proc.

Jak wyliczył NIK, ze 115 działających w Polsce instytutów badawczych, 53 znajdują się w gestii resortu gospodarki, podczas kiedy inne resorty nadzorują od 1 do 16 instytutów. W 2010 roku wszystkie one zdobyły 27 patentów, w 2011 roku - 88, w 2012 roku - 54, zaś w 2014 roku - 46 patentów. Tendencja spadkowa w ostatnich kilku latach jest wyraźnie widoczna. Przy czym warto dodać iż, i tak większość z ich zagarniała czołówka kilku instytucji naukowych. Dla przykładu Instytut Ciężkiej Syntezy Organicznej "Blachownia" zgłosił w swoich patentach 40 wynalazków. Mizerna była liczba patentów zagranicznych - ledwo 11, zaś 5 instytutów badawczych nie uzyskało żadnego patentu zagranicznego.

Bardzo instruktywna jest też lista jednostek badawczych, które uzyskały najwyższy poziom przychodów z komercjalizacji prac badawczo-rozwojowych. Były to bowiem: Instytut Badawczy Leśnictwa (55 proc.), Instytut Metali Nieżelaznych (29 proc.) oraz Państwowy Instytut Geologiczny (29 proc.). Przypadek tej ostatniej jednostki wiele mówi - nie sposób bowiem zacząć jakiejkolwiek inwestycji w Polsce bez dokumentacji hydrogeologicznej i inżyniersko-geologicznej. Podobnie jest z dwoma poprzednimi - to instytuty usługowe prowadzące prace dla największych firm w swoich resortach jak np. Lasy Państwowe.

W tej sytuacji nie ma się czemu dziwić iż według raportu NIK, sytuacja instytutów badawczych jest nie najlepsza. Ich łączne przychody w 2010 roku wynosiły 434 mln zł, w 2013 roku było to już 420 mln zł, zaś przychody 7 jednostek z dodatnim wynikiem finansowym z tytułu komercjalizacji prac badawczo-rozwojowych w latach 2010-2013, spadły z 83 mln zł do 66 mln zł. W tym samym okresie zachowano stabilny poziom finansowania nauki.

Warto wspomnieć, że w trakcie posiedzenia sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, kiedy przedstawiano raport NIK, przewodniczący Rady Głównej Instytutów Badawczych, prof. Leszek Rafalski, stwierdził, że "wiodąca placówka naukowa w USA", jaką jest Uniwersytet Stanforda w zakresie patentów DNA czyli z identyfikowaniem kodów DNA, a więc pierwszoplanowych uzyskała wskaźnik wdrożeń na poziomie 7 proc. I przypadku innych patentów, określanych jako non-DNA wskaźnik ten wyniósł 11 proc. Średni poziom wdrożeń w USA wynosi 5 proc. zaś wskaźnik 10-15 proc. uchodzi za dobry, wobec czego poziom 20 proc. w przypadku polskich instytutów jest całkiem przyzwoity - stwierdził w Sejmie prof. Rafalski. Poza tym, jego zdaniem, proces uzyskania patentu zagranicznego hamują jego wysokie koszty wynoszące 400-500 tys. zł.

Jednak sprawa ta nie jest taka prosta. Średnia 5 proc. w USA nie dotyczy bowiem patentów high-tech, gdzie procent wdrożeń jest bardzo wysoki. Istotny jest też stosunek patentów przełomowych, które np. wprowadzają nowe technologie czy nowe techniki. Wśród amerykańskich średnich 10-15 proc. większość patentów należy właśnie do tej grupy. W Polsce tymczasem dominują tzw. patenty zachowawcze, modernizacyjne, dotyczące technologii od dawna obecnych na rynku lub patenty których wdrożenie na rynkach zachodnich wymagałoby znacznych modyfikacji. Bywają zresztą patenty z pozoru przełomowe, które z czasem okazują się technologicznymi niewypałami. Tak stało się m.in. z polskim błękitnym laserem, w wielu środowiskach jeszcze obecnie postrzeganym jako "wielki polski wynalazek" i "zmarnowana szansa".

Tajemnicza historia błękitnego lasera

Tymczasem historia błękitnego czyli niebieskiego lasera była typowym przykładem technologii laboratoryjnej. Jego prototyp na podłożu z azotku galu przedstawiono w Centrum Badań Wysokociśnieniowych PAN w 2001 roku. Wybuchł wtedy w Polsce prawdziwy entuzjazm - nasz kraj miał produkować projektory laserowe wysokiej jasności, systemy laserowe i czujniki dla telekomunikacji i zastosowań specjalnych w tym wojskowych, sensory dla ochrony środowiska, a nawet nagrywarki DVD i Blu-Ray. Liczono na przejęcie aż 2 proc. światowego rynku laserów półprzewodnikowych, który, jak obliczano, miał osiągnąć wartość ponad 200 mln USD w 2010 roku. Nic więc dziwnego, że szefujący zespołowi, który prototyp opracował, prof. Sylwester Porowski otrzymał w 2002 roku nagrodę Prezydenta RP w kategorii "Najlepszy wynalazek w dziedzinie produktu lub technologii".

Jednak cały program badań i produkcji niebieskiego lasera oparty była na dość dziwnej umowie dotyczącej opracowania i wdrożenia przez CBW PAN przyrządów laserowych na bazie azotku galu GaN, podpisanej jeszcze w 2000 roku, przez Ministra Gospodarki, KBN oraz CBW PAN. Program rozpisany na lata 2000-2004 pozbawiony był harmonogramu kluczowych laserów o mocy 50 mW, czyli podstawowych dla zastosowania w jakichkolwiek urządzeniach. W 2001 roku miano zaliczyć jego najważniejszy etap poprzez dostarczenie przez CBW PAN 40 laserów opartych na kryształach azotku galu, z których każdy powinien pracować w reżimie ciągłym conajmniej minutę. Datę zaliczenia przesunięto potem na rok 2002, ale i tak w czerwcu 2003 roku prof. Bohdan Mroziewicz, członek sekcji interdyscyplinarnej "Rozwój niebieskiej optoelektroniki", która miała kontrolować realizację programu, stwierdził w swojej opinii iż opracowana w CBW PAN "technologia wytwarzania niebieskich laserów oraz jej produkty nie osiągnęły jeszcze zaawansowania pozwalającego na wdrożenie do produkcji seryjnej". Powody do takiego twierdzenia były wyraźne - CBW zamiast 40 laserów zmontowało tylko 5 jednostek. Miały one moc 5mW. Nie pracowały w sposób ciągły, ale impulsowo, czyli nie nadają się do wdrożeń przemysłowych. Jak stwierdził jeden z członków sekcji, zaawansowanie prac nas niebieskimi laserami w CBW PAN wynosiło, zależnie od etapu prac, od 5 do 20 proc.

W PAN wybuchła straszliwa awantura: prof. Porowski, kierujący programem i całym projektem błękitnego lasera zarzucając sekcji "działanie na szkodę projektu" wystąpił o powołanie rady naukowej, odrębnej od sekcji oceniającej. Co ciekawe, rada taka powstała, ale ponieważ w jej skład weszły osoby związane z programem, jej opinia o produkcie Instytutu Wysokich Ciśnień PAN (bo w taka jednostkę zamieniło się CBW PAN) była entuzjastyczna.

Niestety, kiedy w kwietniu 2004 do produkcji weszły niebieskie lasery Sony, wytwarzane na podłożach firmy Sumitomo, NEC Electronics, Sanyo Electric i Sharp, nie udało się już ukryć iż polskie lasery błękitne nie mają już szans na podbój światowego, a nawet polskiego rynku. 30 listopada 2005 roku w ekspertyzie dotyczącej programu, zleconej przez Ministerstwo Nauki i Informatyzacji, stwierdzono że poziom techniczny laserów wytwarzanych w IWC PAN odbiega od tych, które są dostępne na rynku komercyjnym, mają one zbyt niską moc, a program zrealizowano tylko częściowo. Rzeczywiście zbudowano laboratorium i wyszkolono naukowców, ale lasery, które zbudowano mogą być tylko przyrządami laboratoryjnymi , nie nadają się do wdrożenia przemysłowego. Warto zauważyć, że w momencie opracowywania raportu na rynku dostępne były już niebieskie diody laserowe o mocy 60 mW za 2000 USD sztuka.

W stronę brokerów wynalazków

Co więc przeszkadza polskiej wynalazczości? Na konferencji PwC podsumowującej program BRIdge Mentor prof. Romana Śliwa z Politechniki Rzeszowskiej stwierdziła iż przeszkodą jest rozliczanie naukowców z badań nie zaś z wynalazczości. Jolanta Kokosińska z PwC podkreślała z kolei, że współpraca prowadzących badania naukowców z firmami zaczyna sie zbyt późno, kiedy już projekt jest gotowy. Tymczasem naukowcy zajmujący się projektem, który ma szanse na komercyjne wdrożenie powinni jeszcze przed przystąpieniem do niego sprawdzić, czy ma on szanse "przebicia się na rynku" i już na tym etapie poszukiwać partnera biznesowego.

Innym problemem jest traktowanie własności intelektualnej i praw autorskich przez wielu dyrektorów instytutów. W odróżnieniu od Europy Zachodniej czy USA, badacz przestaje bowiem być właścicielem swojego odkrycia. Jest nim zatrudniająca go jednostka badawcza, która może - ale nie musi - wspaniałomyślnie odstąpić mu 3-10 proc. udziałów w przedsięwzięciu powołanym dla skomercjalizowania jego odkrycia. W najlepszym więc razie badacz może liczyć na "klapę, buźkę, rączkę, goździk", jak określa się w instytutach badawczych odznaczenie państwowe. W najgorszym - na premię, podczas kiedy firma powołana przez jego macierzystą jednostkę może przynosić spore dochody. Trudno wyobrazić sobie bardziej niemotywujące działania.

Dodatkowym utrudnieniem jest fakt iż naukowcy, pracujący nad wdrożeniami są w Polsce "pierwsza linią" innowacji. Wdrożeń przemysłowych jest bardzo niewiele - łącznie przemysł wydaje na badania tego typu 0,36 proc. PKB ( łącznie w Polsce wydaje się 0,8 proc. PKB, podczas gdy średnio w UE 1,91 proc.). Nie istnieje wiec żadna konkurencja ani też żaden odbiorca o sprecyzowanych oczekiwaniach, jak to dzieje się w USA, Europie Zachodniej czy w wielu krajach Azji.

W tej sytuacji programy typu BRIdge Mentor mogą odegrać istotną rolę. PwC realizując je wcieliła się bowiem w instytucję, której na polskim rynku bardzo brakuje - brokera innowacji. Jej działanie polegało bowiem na kontaktowaniu ze sobą badaczy i firm oraz określaniu nie tylko potrzeb ale i wzajemnych oczekiwań oraz wspomaganiu negocjacji i to z obu stron. Warto wspomnieć, że taką rolę odgrywała japońska Agencja ds. Nauki i Technologii, zaś na podobnej zasadzie działają firmy doradcze w USA, które nie tylko umożliwiają pozyskanie inwestora, ale także określenie czy dane usprawnienie lub wynalazek jest w ogóle możliwe do wdrożenia na rynku. W polskiej sytuacji takie organizacje czy nawet firmy doradcze mogłyby wspomóc nie tylko naukę, ale i przemysł, który innowacyjność postrzega często przez pryzmat zakupów technologii. 

Marek Wenden

Artykuł pochodzi z kategorii: Innowacje - Biznes i nauka

Zobacz również

  • Latające samochody za rok zaczną wozić pasażerów

    Wiele wskazuje na to, że za rok latające samochody staną się komercyjnym faktem. Będą to jednak bardziej podniebne taksówki wymagające lotnisk, niż samochody osobowe unoszące się ponad drogami aby... więcej